Czwarta rano. Nocną ciszę przeszywa dźwięk telefonu, który mam specjalnie ustawiony przy numerach mam, z którymi jestem umówiona na reportaż z narodzin. Głośno, żeby szybko mnie obudził. Od kilku dni czuwam podświadomie, bo jest już po terminie, który Marysia miała wyznaczony. Wszystko mam gotowe – torba spakowana, aby jak najszybciej wyruszyć. Tym razem czeka na mnie do przejechania 150 km. Na świat ma przyjść Leon!

Marysia z dużym wyprzedzeniem napisała do mnie, że gdy zobaczyła moje zdjęcia wiedziała, że tego dnia musze być z nimi i sfotografować ich CUD. Na początku miałam obawy czy damy radę ze względu na odległość, ale postanowiłyśmy zaklinać rzeczywistość i myśleć tylko pozytywnie, że po prostu nie może być inaczej. MUSI SIĘ UDAĆ.

No i udało się!! Gdy dojechałam akcja zbliżała się do finału, ale wciąż był czas na to, aby uwiecznić to co najpiękniejsze. Poród domowy ma zupełnie inne tempo i swój niepowtarzalny klimat. Gdy mały chłopiec przywitał się ze światem i świat postanowił się przywitać pięknym porankiem. Sypialnia Marysi i Krzyśka wypełniła się po brzegi MIŁOŚCIĄ i WZRUSZENIEM. I tak przez kilka następnych godzin rodzina cieszyła się sobą w domowym zaciszu. Kot również.

Zapraszam Was na ucztę dla oczu i serc! Koniecznie włączcie dźwięk. Pamiętajcie, że rodząc w domu tylko Wy i położna decydujecie czy mogę do Was przyjechać i towarzyszyć Wam z aparatem. Jak się okazuje nawet odległość może nie być wielką przeszkodą!

Narodziny Leona